Przed dniem 0.
Nastał ten dzień. Po niekończących się tygodniach przemyśleń i knuć, który kupić motocykl, czy to ma być turystyczne enduro, czy może naked, a może jednak cruiser, koniec końców zapadła decyzja. Kupujemy cruisera. Nie choppera, bo to przednie wąskie koło daleko z przodu mnie nie przekonuje. No i wtedy zaczęło się rozglądanie za odpowiednim modelem. Mając dwa metry wzrostu, nie można przecież kupić jakiegokolwiek motocykla. Prowadząc Hondę Shadow 750 kumpla, wiedziałem, że to nie to. Wyglądałem co najmniej niepoważnie. Szukałem dalej, porównywałem wymiary, zbierałem opinie. Ostatecznie, wybór padł na Suzuki VL 1500. Był to największy cruiser na początku XXI wieku, przynajmniej tak pisali
w jakimś artykule w Motocyklu, więc mi też powinien pasować (przynajmniej taką miałem nadzieję). Zaczęło się przeglądanie Allegro, czytanie wpisów na forum o Intruderach, szukanie innych informacji. W końcu po kilku dniach poszukiwań tego jedynego, trafił się motocykl w Brzegu Dolnym (polecany na forum). Krótka wizyta na Allegro, obejrzenie kilku marnych zdjęć, przekonanie żony, że nie jest tak strasznie, jak to na zdjęciach wygląda i kontakt z kumplem, co o tym myśli.
Z Poznania nie jest jakoś strasznie daleko. Akurat kumpel (nazwijmy go Zgiera), motocyklista od kilku lat, miał w dzień wyjazdu wolne, więc lepszej okazji nie można było sobie wyobrazić. Dzień wcześniej umówiłem się z Nim, że pojedziemy koło 10 rano, na co odpowiedział: „spoko nie ma problemu”. Zresztą, nie było innej możliwości.
Dzień 0.
Niestety okazało się, że coś mu wypadło. Byłoby zbyt dobrze, gdyby wszystko szło jak po maśle. No ale nic, jestem spokojny. Pogoda też nie dopisała. Miało być 16 stopni i słońce, ale że w marcu jak w garncu, to o 14:00, godzinie wyjazdu, termometr w samochodzie wskazywał 8 stopni powyżej zera. Na moje szczęście, żona wyposażyła mnie w odpowiednio dużą ilość ciepłych ubrań.
Droga do Brzegu Dolnego przebiegała bez większych zakłóceń: podziwialiśmy widoki, obgadywaliśmy kogo popadnie, już nie wspominając o tym, gdy wzięliśmy na języki nasze kobiety. Śmiechy i chichy towarzyszyły nam całą drogę. I tak podróż upływała, aż minęliśmy tablicę ze znakiem informującym o wjeździe do Brzegu Dolnego. Tam też trochę pobłądziliśmy, bo pojechaliśmy ciut za daleko. No, ale jeden telefon do właściciela sprzętu i już stajemy, już idziemy oglądać. i jak to zawsze wszyscy w mądrych książkach piszą, to najważniejsze, żeby się nie podniecać, podejść racjonalnie, ze spokojem, jasne. Nie da się. Masz kasę w ręku, masz motor przed sobą, podoba Ci się, to jak tu się nie nakręcać? Ja wam to mówię, nie da się. Ale po kolei. Jak go zobaczyłem, pierwsza moja myśl była taka: „ale zarąbiście cudowne bydle!”, lecz to było z daleka. Bliższe oględziny spotęgowały tylko ten efekt. Użyłem swojego nieodpartego uroku po to, aby nakłonić Zgierę do rozpoczęcia oględzin. Ja również zacząłem oglądać maszynę. Tu coś tam, tam coś tam. Wiadomo, nowy motocykl to nie jest, dlatego ma prawo mieć pewne wady. No to sru…. Padło długo wyczekiwane pytanie: „A jak to panie jeździ?” Zamiast odpowiedzi… przejażdżka, to znaczy właściciel przewiózł Zgierę, bo raz, że „oblatany w temacie”, a dwa mogłem być jeszcze bardziej nieobiektywny niż byłem. Po powrocie i lekkim ogrzaniu, bo to w końcu był marzec, a do tego pieruńsko zimno, na moje pytanie, profesjonalne jak zawsze: „I jak?”, dostałem równie wyczerpującą odpowiedź.: „Ok”. Tośmy pogadali. Drążąc temat dalej okazało się, że moto w miarę ciągnie, jakoś hamuje, i co najważniejsze, jeździ prosto. A więc co robią profesjonalni kupujący? Obchodzą motor dalej i oglądają w ciszy, żeby nic nie powiedzieć przy właścicielu. Na szczęście był on wyrozumiały i dał nam w spokoju pooglądać motorek
I tak po krótkiej dyskusji ( w końcu ile można oglądać motocykl… po godzinie i tak wszystkiego się nie wyłapie), stwierdziliśmy ze Zgierą, że… kupuję. Krótki telefon informujący do żony, która wypowiedziała jedynie beznamiętne „ok”. Ta postawa wzięła się z racji tego, iż na aukcji (na pewnym portalu aukcyjnym, którego tu nazwy nie wymienię, bo i tak wszyscy się domyślą) fotografie przedstawiające motocykl były tak marnie wykonane, że co się nie często zdarza, pojazd na zdjęciach wyglądał dużo gorzej niż w rzeczywistości. Zazwyczaj jest na odwrót. No ale nic, teraz najtrudniejsza część: negocjacja ceny – tu przyznam się bez bicia, że polegliśmy – pomijając, że cena sama w sobie była jak najbardziej akceptowalna, to jednak nieutargowanie chociażby 100 złotych, to w pewnym sensie porażka;) Po cichu liczę, że kiedyś będę mógł jeszcze poćwiczyć negocjacje. Umowa spisana, pieniądze policzone, jeszcze tylko przebieram się w strój motocyklowy i jazda. Właściwie nie tak od razu, bo zanim wycofałem się na drogę, to trochę mi zeszło, bowiem ciężko pod górkę wypchnąć motocykl o wadze 340kg. W końcu ustawiłem się w kierunku jazdy, Zgiera był moim pilotem, bo ja z pilotowania dupa jestem, i ruszyliśmy…
W sumie Zgiera ruszył, a mi z przejęcia i nerwów (to w końcu mój pierwszy motocykl, który nie dość, ze kosztował kupkę kasy, to jeszcze ma tylko dwa koła i może się przewrócić, a i zimno było (5 stopni) i w ogóle…podniecony byłem, zestresowany – jednym słowem, cytując komentarz z gry FIFA 10, „masakracja”)
Za drugim razem już ruszyłem, tocząc się, dopiero na prostej odkręcając co nieco. I tak aż do pierwszego ronda, gdzie miałem ogromne wątpliwości, jak się złożyć, żeby się nie wyłożyć, w końcu to nie jest jakaś popierdółka z silnikiem 250, tylko półtora litra w 300-kilowej obudowie. Okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują, chociaż podobne myśli mam do tej pory. Żeby do Poznania dojechać, trzeba było motocykl zatankować. Okazało się, że 15 litrów to nie tak dużo jakby się mogło wydawać, moto pali swoje (to wada, ale i tak go uwielbiam). Na stacji benzynowej motocykl został rozpoznany! No i właściciel potwierdzony, zresztą to nie było koniecznie, gdyż kupiłem motocykl od osoby z Forum Intrudera. Jakby nie było, jakiś gwarant jest. Po zatankowaniu, zjedzeniu hot-doga i napiciu się zimnej coli (a trza było herbatę kupić), w drogę!
Szybko się okazało, że szal, który mi żona wcisnęła, to niezbędne wyposażenie motocyklisty! Najgorzej było z dłońmi, gdyż szybko marzły, chociaż nie przekraczałem prędkości 80 km/h. Temperatura trzymała te 5 stopni, ale uczucie zimna potęgował fakt, że mocno wiało. Poza tym zaczęło się ściemniać (wracaliśmy po godzinie 17). Dodatkowym dyskomfortem była parująca szybka od kasku. Ale i tu jakoś sobie poradziłem. Co pół godziny robiliśmy zmiany: wsiadałem do samochodu z ogromną ulgą, lecz gdy się zatrzymywałem i przesiadałem na motor, odczuwałem niesmak na myśl o tym zimnie, które na mnie czekało.
Tak nam minęła droga do Leszna, gdzie wpadliśmy do restauracji McDonalda. Szybki posiłek i jeszcze kawałek do Poznania. Gdy podjeżdżałem pod garaż, Aga z Kasią ( kobietą Zgiery) stały przed wjazdem i wyczekiwały. Szybki wjazd do garażu, bo zimno. No i Aga zaczęła „achy” i „ochy” nad motocyklem. Chyba się jej spodobał (zresztą Kasi także). Pamiątkowe zdjęcie dwóch „kierowników”, maszyna zaparkowana. Pierwsza podróż własnym motocyklem zakończona.
Teraz każda jazda jest wyczekiwana. Szkoda, że gdy piszę te słowa, mamy koniec listopada i zimno. Byle do wiosny!
PS.
Pozdrowienia dla koleżanki Alicji za poprawę błędów w tekście i za jak zawsze, “dobre” słowo (które nie brzmi „no”
)